Macierzyństwo – oczekiwania vs rzeczywistość

Dnia 4 października o godzinie 22.16 na świat przyszła Nasza córeczka – Amelka. Staram się znajdować krótkie chwile na aktualizacje bloga. Takie momenty okazały się być bardzo cenne.



Malutka przyszła na świat przez cesarskie cięcie, które było zaplanowane przez moją wadę wzroku najpierw na 12, potem na 9 października, a wyszło inaczej – 4 października musiałam znaleźć się w szpitalu z powodu kolejnych krwawień i lekarze postanowili nie czekać dłużej. Nie wiem czym spowodowane były krwawe incydenty pod koniec ciąży, w każdym razie zanim wszystko się zaczęło, już było wiadomo, że od teraz nic nie będzie takie oczywiste.

W szpitalu spędziłyśmy pięć dni, Amelka miała minimalną żółtaczkę. Urodziła się z wagą 3,5 kg, dostała piękne dziesięć punktów i okazała się być najpiękniejszą dziewczynką jaką w życiu widziałam – tak zapewne mówi każda mama :) Szatynka z wyjątkowo bujną fryzurą, piękna, proporcjonalna buzia, długie (!) nogi, ogromne oczy, śliczne usteczka i często pojawiający się uśmiech. Rzeczywistość okazała się być taka, jak oczekiwania. Jednak muszę przyznać, że bałam się tego jak na nią zareaguję. Czy będę czuła, cierpliwa, dobra, szczęśliwa w roli mamy, czy wręcz przeciwnie – przerażona, z obrzydzeniem i pretensją wykonująca niezbędne czynności. Zawsze kiedy słyszałam, że pojawienie się dziecka to najpiękniejsze wydarzenie pod słońcem, w duchu pukałam się w głowę. Dopiero prawdziwe doświadczenie udowadnia, że to prawda.



Karmienie piersią w rzeczywistości okazało się być zupełnie inne niż oczekiwania. W ciąży byłam bardzo pewna siebie w tej kwestii. Kupowałam ubrania z odpowiednimi dekoltami, rozpinane, rozchylane, takie aby karmiło się łatwo. Z początku, w szpitalu faktycznie karmiłam, ale malutka często płakała, a ja razem z nią ze zmęczenia, stresu i niewiedzy. Miałam mało pokarmu, brodawki zaczęły pękać i krwawić, więc każde kolejne karmienie przynosiło ból i ogromną ilość stresu. Zaczęliśmy dokarmiać mlekiem modyfikowanym, co oznaczało dla mnie kompletną porażkę. Z bólu postanowiłam malutką odsunąć od piersi i ściągać pokarm laktatorem, aby miała chociaż minimalną ilość wartościowego mleka. Taki stan trwał ponad tydzień, do wczoraj. Postanowiłam znowu spróbować swoich sił w karmieniu piersią. Jak do tej pory nie doświadczam bólu, a pokarmu jest chyba coraz więcej. Naturalne karmienie okazało się być sztuką, a nie oczywistością. A ja jestem dumna z mojej córeczki, że nie zamknęła się na kolejne próby mimo, że nauczyła się łatwego jedzenia z butelki.

Prowadzenie domu i zajmowanie się sobą to zgodnie z oczekiwaniami prawdziwy hardcore. Jeszcze nie mam planu działania, ale powoli zacznę go wdrażać. Maleńka szczęśliwie łaskawa jest w nocy. Około 22 zasypia, by o 1 obudzić się na jedzonko, potem około 3 lub 5 na kolejne jedzonko, a potem już rano na kolejne. Śpimy zwykle do 9 – obie. No i od tej pory zaczyna się gadulstwo bo Amelka nie chce spać w dzień i domaga się uwagi. Najszczęśliwsza jest na rączkach, więc mama jest najczęściej głodna, spragniona i nie ma możliwości pozmywania, poukładania, posprzątania, bo jeszcze nie umie poradzić sobie z takim wymagającym maluchem.
O jakim planie działania ja plotłam? A o takim, że zacznę wstawać o 6 rano, razem z mężem. Do tej 9 powinnam mieć wystarczająco dużo czasu na swoje sprawki. I wspólna drzemka w dzień powinna być przyjemniejsza.

Jedna z najbardziej stresujących dla mnie spraw – jak na malucha zareaguje kot. Kot – oczko w naszych głowach. Bałam się z jego strony agresji, zazdrości, albo alergii u małej. Na szczęście wszystko przebiega bardzo pozytywnie, chociaż łatwo nie było. Nasz przyjaciel przez pierwsze kilka dni intensywnie się mył i regularnie wymiotował. Jednak o kocim przyjacielu małego dziecka napiszę osobny post.

Najprzyjemniejsza sprawa - powrót do formy! Po cesarce trzeba uważać na siebie nieco bardziej niż po porodzie naturalnym również ze względu na ranę, która musi się dobrze zagoić. Do aktywności fizycznej wrócę raczej później, ale już dwa tygodnie po porodzie schudłam dziesięć kilogramów. Miałam nadzieję na taki obrót sprawy, i tak się stało. Ponieważ od miesiąca nie jadam smażonego ani słodyczy, waga spada codziennie. I to lubię!




Jeśli są tu jakieś młode mamy, chętnie poczytam o Waszych pierwszych poczynaniach :)